Archiwum dla Grudzień 2008

Z okien życia

Dość głośno ostatnio się zrobiło o oknach życia. Ciekawe dlaczego dopiero ostatnio, a nie 2 lata temu gdy pierwsze z nich powstawało w Krakowie? 6 grudnia otwarto okno życia w Warszawie, a parę dni temu także w Częstochowie i to wszystko! Ale nie ma co marudzić, od czegoś trzeba zacząć, lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że teraz stanie się to bardziej „popularne”, chociaż nie o popularność tutaj chodzi.

Okno życia to inicjatywa Kościoła, którą popieram. Zastanawiam się tylko, czy ma na celu walkę z aborcją, czy po prostu dać ludziom pewien wybór. Trzeba pamiętać, że kobieta musi dziecko nosić w sobie przez 9 miesięcy, a na koniec je urodzić. Jeśli ktoś chce uniknąć właśnie tego, to pozostaje mu tylko aborcja i to jest ta przewaga aborcji nad oknem życia.

Są jednak sytuacje w których na aborcję matki nie stać, albo zwyczajnie się jej boi. Wtedy rodzi dziecko i może je zostawić w szpitalu, może zabrać do domu i oddać. Ale tego też się może obawiać czy wstydzić, mają przecież jej dane, wiedzą jak wygląda. Co pozostaje? Śmietnik. No chyba, że mieszka w Krakowie, Warszawie albo Częstochowie, wtedy idzie do okna życia i tam zostawia dziecko. Nie umiem sobie wyobrazić co kobieta może czuć w takiej chwili. W chwili w której ostatni raz widzi swoje dziecko i nie ma już żadnego wpływu na jego los, nie wie co się z nim stanie. Chyba nawet sama aborcja nie wymaga takiej odwagi, jakiej wymaga zostawienie własnego dziecka w oknie życia.

Obawiam się tylko jednego, że kiedyś więcej dzieci będzie w oknach życia niż na ulicy. Z jednej strony obciążenie psychiczne jest ogromne, ale z drugiej to takie proste, wsadzić dziecko do okienka. Na pewno prostsze od wychowywania i opieki przez wiele lat. Mam jednak nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

A Kościołowi życzę więcej podobnych decyzji. Niech w końcu stanie się bardziej ludzki, niech będzie tam gdzie go potrzeba; między ludzmi, w społeczeństwie, a nie na górze wśród limuzyn i purpurowych szat. Niech Kościół daje wybór, zamiast zakazywać i nakazywać. Bo Kościół jest dla ludzi.

Reklamy

Blow Up Your PC!

Jeszcze do niedawna wierzyłem w przesłanie płynące z utworu Blow Up Your Video. Jak pięknie było wyłączyć telewizor i pobiec na koncert. No właśnie, było…

Nie chodzi o to, że mało kto ogląda TV. Ani też o to, że koncertów mało, a jak są to naprawdę przeciętne. Chodzi o to, że nie wejdziemy na prawdziwy koncert legendy rock’a jeśli pół roku wcześniej nie kupimy biletu. Ktoś powie- co to za problem. Pewnie, problem żaden, jeśli mam iść do sklepu po ten bilet. Gorzej jak muszę go zamówić przez internet. Pomijam fakt, że mam na to tylko kilkanaście godzin, bo później już tych biletów zwyczajnie nie ma. Przypuszczam, że muszę posiadać jakieś specjalne konto bankowe obsługujące zagraniczne waluty, bo w złotówkach płacić nie można. A jeśli nie konto, to chociaż jakiegoś PayPal’a albo coś takiego. Kompletnie się na tym nie znam i nawet nie chce mi się tym interesować, dlatego tylko przypuszczam.

Tak czy inaczej, za tydzień zbieram się w sobie. Postanawiam, że się wszystkiego dowiem. Wchodzę na stronę i co widzę? PUBLIC TICKETS: SOLD OUT od góry do dołu. W myślach przybijam sobie piątkę. Ale cóż to? Za parę dni otrzymuję świetną wiadomość. Błogosławiony newsletter; FAN CLUB MEMBERS RECEIVE SPECIAL ACCESS! Z tego co pamiętam zapisywałem się do jakiegoś fanklubu, więc sprawa wydaje się być prosta. Gnam na stronę, ale szybko okazuje się, że członkostwo w tym jakże zacnym fanklubie kosztuje. I to niemało, bo $40. Przybijam sobie piątkę po raz drugi. Za jakiś czas jednak znowu dostaję email’a, a w nim wiadomość o dodatkowych koncertach w Europie. Powinienem się cieszyć, ale jakoś ciężko mi się uśmiechnąć.

Inna sprawa, że spośród 42 koncertów w całej Europie, nie będzie żadnego w Polsce. Tymczasem w Niemczech- aż 12! A koło 8 w Królestwie Zjednoczonym. Z opinii eksperta wiem, że tu nie chodzi o kasę, ani o frekwencję. Przecież ludzie zawsze przyjdą, dojadą. Chodzi o to, że nie ma obiektów do grania wielkich koncertów. Podczas gdy u naszych sąsiadów, jak widzimy, takie obiekty są za rogiem. I rosną jak grzyby po deszczu. A u nas? U nas nowa hala na 4 000 miejsc jest ultranowoczesna. Problem w tym, że do prawdziwego koncertu potrzeba w hali 15 000 miejsc, ale tak wielkich to my nawet stadionów nie mamy. Z drugiej strony można by zrezygnować z fajerwerków wizualnych i zagrać coś w szczerym polu, dla setki tysięcy fanów. Ale jaki to później wstyd, na koncertowym DVD oglądać legendy na jakimś zadupiu. Pod tym względem, Polska to jednak peryferia Europy. Ale i tak jestem zaszokowany tym co widzę na amatorskich filmikach. Początek trasy w USA to jakiś koszmar. Ludzie stojący pod samą sceną mają w koło siebie po pół metra wolnego miejsca. Patrzą w górę na wokalistę tak, jak na księdza który przemawia do nich z ambony. Ktoś z głębi przesuwa się do przodu, żeby dotknąć go, po czym wraca uśmiechnięty do kolegi z piwem i zdaje się mówić „widzisz jaki jestem odważny”. Jeśli zespołowi to nie przeszkadza, to znaczy że zależy im tylko na wpływach z tych koncertów, albo są już tym wszystkim zmęczeni i wszystko im jedno. Jednak ja w to nie wierzę. Na pewno plują sobie teraz w brodę, wspominają jak to było kiedyś i zastanawiają się z całym managementem co zrobili źle.

Odkąd pamiętam, byłem ogromnym fanem tej formacji. Najpierw ich uwielbiałem za to, że na półce taty stało 20 kaset z ich logo. Później fajnie było powiedzieć, że słucha się czegoś czego nikt nie zna. I na samym końcu pokochałem tę prostą ale jakże energiczną muzykę, ten image i te buntownicze teksty. Czekałem na nową płytę, byłem i jestem nią niemal zachwycony, ale cała ta historia z nową trasą koncertową jakoś ostudziła mój entuzjazm. Z jednej strony to trudno się dziwić, po prostu tak się dzisiaj te sprawy załatwia. No i szacunek za to, że nie sprzedają w sklepach swojej płyty w 10 wersjach, z koszulkami albo w pudełkach-trumnach. Mimo to i tak czuję się dziwnie, jakby ktoś mnie zdradził. Może źle to sobie wyobrażałem, może źle odbierałem. Tak czy inaczej, jest mi smutno i nic tego nie zmieni. No chyba, że wydadzą jeszcze jedną płytę i ich następna trasa będzie wyglądała inaczej.

Piosenki dzisiaj nie ma, posłuchajcie tego o czym napisałem na początku.

Nasza tolerancja

Według internetowej Encyklopedii PWN tolerancja to:

tolerancja [łac. tolerantia ‘cierpliwość’, ‘wytrwałość’], socjol. postawa zgody na wyznawanie i głoszenie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na praktykowanie sposobu życia, którego zdecydowanie nie aprobujemy, a więc zgody na to, aby zbiorowość, której jesteśmy członkami, była wewnętrznie zróżnicowana pod istotnymi dla nas względami. Tolerancja oznacza rezygnację z przymusu jako środka wpływania na postawy innych ludzi. Wyjątkami są jedynie sytuacje, w których owe postawy zagrażają bezpieczeństwu osób oraz ich mienia (tolerancja nie rozciąga się więc np. na zabójców, gwałcicieli czy złodziei, choć obejmuje takie zachowania dewiacyjne, które można potraktować jako sprawę prywatną), nie dotyczy także ludzi, którym odmawia się zdolności pełnego rozpoznawania znaczenia swoich czynów. Zakres tolerancji jest historycznie zmienny. W większości społeczeństw albo nie było jej wcale, albo była bardzo ograniczona na skutek tego, że jednemu systemowi moralnemu przysługiwało uprzywilejowane stanowisko bądź monopol. Tolerancja objęła najwcześniej innowiercze wierzenia i praktyki rel., stopniowo rozszerzono ją na inne dziedziny, np. sferę obyczajów. Jakkolwiek zasada tolerancji jest współcześnie stosunkowo szeroko uznana i prawnie zagwarantowana niemal na całym świecie, bywa nierzadko kwestionowana i naruszana. Tam gdzie jest w pełni przestrzegana istotnego znaczenia nabrał problem granic tolerancji WOLTER Traktat o tolerancji, Warszawa 1956; J. LOCKE List o tolerancji, Warszawa 1963; F. GROSS Tolerancja i pluralizm, Warszawa 1992; P. KING Toleration, London 1976.
Z tym że ta słownikowa tolerancja znacząco różni się od tej którą posługujemy się w życiu. Jeśli katolik próbuje „nawrócić” osobę niewierzącą przedstawiając jej swoje argumenty (a raczej argumenty kościoła) to jeszcze chyba jest tolerancja. Ale często przy takich próbach pojawiają się uwagi typu „zabłądziłeś”, „masz w sobie szatana”, „pomodlę się za ciebie”, „masz jakiś problem” i tak dalej, a to już tolerancją nie jest. Sam czasami łapię się na jakimś głupim stereotypowym myśleniu i przeraża mnie to. Przecież nie zostałem wychowany w ten sposób. Widzę tutaj jak ogromną władzę ma nade mną ma społeczeństwo tudzież opinia publiczna i wszelkiego rodzaju media. Nade mną, czyli w tym przypadku nad moją przedświadomością. Chcę być tolerancyjny, staram się być i myślę że jestem, a mimo to w chwilach rozluźnienia i zapomnienia wyłazi ze mnie nacjonalista, homofob, ksenofob i antyklerykał.
Myślę, że brak tolerancji idzie w parze z brakiem umiejętności empatycznych. Może nawet nie umiejętności, ale chęci! Czy tak trudno jest zrozumieć, że istnieją różne światopoglądy? Że ktoś myśli inaczej od nas? To nie jest trudne, a przecież właśnie to jest istotą tolerancji. Nie musimy mówić gejowi, że jest fajny i wspierać paradę równości. Wystarczy, że nie będziemy komentować jego odmienności i uznamy ją za coś normalnego. Ci którzy postępują inaczej reprezentują sobą średniowieczny sposób myślenia. I nie chodzi tu tylko o homoseksualizm. Tak tak, to w średniowieczu wszystko co nowe było złe, no chyba, że służyło do złych celów. Ilu wybitnych naukowców chciano spalić na stosie, a ilu spalono. Gdyby nie oni, dalej szukalibyśmy końca świata i wierzyli, że w niebie mieszka Bóg a na chmurkach latają aniołki. Wielu- nawet dzisiaj- odpowiada taki sposób postrzegania świata. Prosty, łatwy do przyswojenia, poukładany. Homoseksualiści, żydzi, murzyni są źli. Dlaczego? Bo to wbrew tradycji i religii, bo tak mówi historia, bo tak! Problem w tym, że świat gna do przodu jak szalony i nawet ja za nim nie nadążam. A skoro nie nadążam, to w wielu kwestiach po prostu nie mam zdania. I wiele osób jest w podobnej sytuacji jak ja, ale nie potrafią się do tego przyznać, tylko chłoną tę medialną papkę, albo kierują się wiekowymi teoriami i tradycjami. Przykłady? Scena polityczna. Mamy dwie większe partie i obie robią głupie rzeczy (jedna znacznie częściej), ale wiele osób tego nie zauważa i sądzi, że tylko ich partia ma racje. Inny przykład- ciągłe odwoływanie się do „żydostwa” wielu osób, instytucji, organizacji. Kompletnie nie rozumiem tego zjawiska i może to błędny przykład, ale z tego co wiem i co mogę zauważyć, jednak jest to nietolerancja. Później słyszymy jaka ta polska młodzież jest zła, agresywna, wypaczona. Słyszymy od kogo? Od antysemitów, homofobów i nacjonalistów zasłaniających się polską tradycją i kulturą, od ludzi starych żyjących w nowych czasach, ludzi NIETOLERANCYJNYCH. I już wiem skąd te spojrzenia 13-latków, spojrzenia pełne nieuzasadnionej nienawiści, spojrzenia które mówią „sprzedam ci kosę za te jeansy”.
Polska tolerancja to mit. Nie lubię uogólnień i unikam ich jeśli mogę, ale tutaj nie sposób tego zrobić. Polacy nie dojrzeli do akceptacji odmienności. Mam nadzieję, że zmiana pokoleniowa dokona przewrotu w tej materii.

Utwór który polecam dzisiaj to Wham! – Last Christmas. Powód oczywisty, a piosenka piękna.

Szybki marszałek

W dzisiejszym Dzienniku możemy także przeczytać (a wcześniej mogliśmy zobaczyć w Teraz My),  jak to Bronisław Komorowski jechał przez Warszawę aż 140 km/h! To nic, że prędkość mierzyli mu dziennikarze, a nie policja. Wszak wiemy jaka jest nasza policja, dziennikarski pomiar jest bardziej wiarygodny.  Powstaje pytanie, dokąd marszałek tak pędził? Otóż podobno na spotkanie opłatkowe Platformy Obywatelskiej- o na Boga, co za wytłumaczenie!

Oczywiście pierwszym który skomentował wyczyn marszałka Komorowskiego był poseł Kurski- kierowca idealny, autorytet moralny. Czasami przecież można dokonać obyczajowej nadinterpretacji przepisów drogowych i podpiąć się pod policyjną kolumnę transportującą groźnego przestępce.

Reasumując, Bronisław Komorowski powinien ponieść surową karę i niech nawet nie śmie zasłaniać się immunitetem!

Ach, byłbym zapomniał; marszałek był w tym aucie pasażerem. Ale to mało istotny fakt.

Do biskupów

Na łamach dzisiejszego Dziennika możemy przeczytać, że biskupi „przypominają o swoim sprzeciwie wobec sztucznego zapłodnienia”.

Dlatego w imieniu swoim i liberalnej części społeczeństwa odpowiadam:

TAK, PAMIĘTAMY O TYM!

I czekam, aż ktoś mi wyjaśni co znaczą słowa „nie istnieje prawo do dziecka”.

A piosenka na dzisiaj to Turbo – A Pearl Of Love

Internet nie uzależnia

Czy istnieje coś takiego jak uzależnienie od internetu? Tyle się o tym słyszy nie tylko w mediach, ale też od ludzi z naszego najbliższego otoczenia. Albo mama mówi, że jesteśmy uzależnieni od internetu, albo znajomi mają pretensje, że nigdzie nie wychodzimy tylko siedzimy przed komputerem, aż w konću sami odkrywamy, że coś jest nie tak. Przestajemy się spotykać z ludzmi i zamiast tego piszemy na gg. Przestajemy chodzić do sklepu i zamawiamy praktycznie wszystko w sieci. Na szczęście po jedzenie chodzimy sami, ale w USA problem jest na tyle poważny, że przez internet możemy zamówić nawet puszkę Pepsi i dostać ją w ciągu 15 minut. Nie chodzimy tez do banku, nie płacimy rachunków, nie mamy kontaktu z ludzmi bo wszystko to można załatwić przez internet. O koncertach nie dowiadujemy się z plakatów na ulicy czy od znajomych, ale z forum czy newsletter’a. Nie wysyłamy prawdziwych kartek, tylko wchodzimy na onet czy interię, klikamy w kartki elektroniczne i bez ruszania się z fotela w ciągu 5 minut wyślemy 10 wirtualnych kartek zamiast 1 prawdziwej, a wszystko to za darmo! Można tak wymieniać bez końca.

Oczywiście część rzeczy bardzo ułatwia nam życie i nie można podważyć ich pozytywnego wpływu na efektywność naszej pracy. Wspomniane transakcje bankowe, korespondencja elektroniczna z naszymi klientami no i przedewszystkim ogromne zasoby informacji sprawiają, że funkcjonujemy szybciej i sprawniej. Niestety jest też mnóstwo sposobów na zabicie czasu i to w mało wysublimowany sposób. Przy okazji zabijamy swoje umiejetności językowe, nie potrafimy okazywać uczuć inaczej niż przez emotikony, nie możemy się skupić na prawdziwej rozmowie. To też tylko przykłady tego co może nam się przydarzyć.

Nadal pozostaje pytanie, co jest odpowiedzialne za taki stan rzeczy? Czy rzeczywiście jest to internet? Z pewnością jest on niejako pośrednikiem i narzędziem które sprawia, że się uzależniamy, ale czym jest sam internet? Internet to cała sieć w której znajdują się miliony, a teraz juz chyba miliardy stron, tysiace portali i serwisów, setki gier i całe mnóstwo innych pokus. Osobiście uważam, że nie można byc uzależnionym od samego internetu. Po coś przecież włączamy komputer czy telefon, uruchamiamy odpowiednie aplikacje czy wchodzimy w przeglądarke. Uzależnionym można być od rozmów przez komunikator, od udzielania się na forach dyskusyjnych, od przeglądania stron o treściach erotycznych czy pornograficznych, od gier online, od ciągłego przeszukiwania sieci w celu odnalezienia różnych informacji, i tym podobne. Bardziej od sformułowania uzależnienie od internetu, pasuje mi patologiczne używanie internetu które jest wynikiem badań amerykańskich ucznonych. Zjawisko to można nazwać też siecioholizmem. Mimo, że internet jest stanowczo młodym medium, to jego zasięg jest ogromny. Dlatego też nie ma wielu badań i teorii związanych z nadużywaniem internetu, ale już teraz można stwierdzić, że coś takiego jak uzależnienie od internetu, rozumiane dosłownie, nie istnieje. Bez dostępu do sieci nie uzależnimy się od gier online czy komunikatorów, ale sam internet nie jest tutaj celem dla którego siadamy przez monitorem. Można to troche porównać do narkomana, który jest uzależniony od nartkotyków, a nie od dealera, chociaż bez niego nie jest w stanie dostać tego czego chce.

W mediach często dochodzi do uproszczenia i lekkiego przekłamania własnie poprzez używanie sformułowania uzależnienia od internetu. Wszyscy których określa się mianem uzależnionych wrzucani są do jednego worka, mimo że ich problemy znacząco się różnią i każdy z nich szuka w sieci czegoś innego.

Z pojeciem siecioholizmu ściśle wiąże się cyberslacking. Jest to wykorzystywanie internetu przez pracownika, w godzinach pracy, do celów prywatnych. To zjawisko dobrze opisuje artykuł Pani Justyny Adamczyk, który dostepny jest tutaj: część 1, część 2, część 3, część 4. Artykuł i badania opublikowane w roku 2004, ale biorąc pod uwagę szybki rozwój sieci wyniki napewno uległy zmianie, ciekaw jestem tylko w którą stronę.

Dzisiejsza piosenka to utwór Skee-Lo, amerykańskiego rapera, pod tytułem I wish. Kolejny kawałek przesiąknięty latami 90 XX wieku, wydany w 1994 wraz ze świetnym teledyskiem przenosi nas w tamte cudowne czasy, kiedy to internet i telefony komórkowe nie były tak popularne, ale dobra muzyka i Dr. Pepper jak najbardziej.


Statystyki bloga

  • 29,511 wejść

Goście

Grudzień 2008
Pon W Śr C Pt S N
« List   Sty »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031